Słowo stało się ciałem
Boże Narodzenie: J 1, 1-18
Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, z tego, co się stało.
Czy kiedykolwiek czułeś się jak w tej scenie z filmu „Avengers: Endgame”, kiedy Tony Stark mówi do ojca: „Żadna ilość pieniędzy nie kupiła mi tej jednej sekundy z Tobą”? Ten ból braku bliskości z kimś ważnym…
Wyobraź sobie Boga, który od wieków obserwuje tę samą scenę na repeat: ludzkość szukająca Go, tworząca Jego obrazy, filozofująca o Nim, modląca się do Niego – ale zawsze z dystansu. Jak scrollowanie Instagrama kogoś, z kim chciałbyś naprawdę porozmawiać, ale nie masz jego numeru.
I wtedy dzieje się coś, czego nawet najodważniejsze religie nie śmiały wymyślić. Bóg nie posyła już tylko proroków, nie daje kolejnych praw, nie zrzuca instrukcji obsługi życia z nieba. On sam staje się jednym z nas. Dosłownie. „Słowo stało się ciałem” – brzmi jak tytuł odcinka Black Mirror, ale to wydarzyło się naprawdę.
Bóg, który mógłby pozostać w nienaruszalnej, bezpiecznej transcendencji, decyduje się na śmiertelność, kruchość, zależność. Przychodzi jako niemowlę. Potrzebuje zmiany pieluch. Uczy się chodzić. To absurd rodem z koszmaru PR-owca – ale to właśnie jest kwintesencja miłości. Bo prawdziwa miłość to nie wysyłanie SMS-ów z góry. To: „Przyjadę do ciebie”. To: „Będę przy tobie”. To fizyczna obecność w twoim bólu, twoim chaosie, twoim świecie.
Jan pisze, że Słowo „zamieszkało wśród nas”. Greckie słowo to „eskenosen” – dosłownie „rozbił swój namiot”. Bóg nie przyszedł w odwiedziny. Wprowadził się. Na stałe. A najbardziej szalone jest to: On chce, żebyś Ty stał się częścią Jego rodziny. „Dał moc, aby stali się dziećmi Bożymi”. Nie poprzez zasługi, nie poprzez life hacking duchowy, ale przez przyjęcie tej szalonej miłości.
Pytanie nie brzmi: „Czy jesteś wystarczająco dobry dla Boga?„
Pytanie brzmi: „Czy pozwolisz Mu wprowadzić się do twojego życia?„
Wykorzystano zdjęcie: Designed by Freepik



