List do Płaszczaka — o kierunku, którego nie umiesz wskazać

Zanim zaczniesz czytać:

Płaszczak to mieszkaniec dwuwymiarowego świata — płaskiej krainy, gdzie istnieją tylko długość i szerokość, ale nie ma „góry” ani „dołu”. Wyobraź sobie postać żyjącą na powierzchni kartki: nie potrafi nawet pomyśleć o trzecim wymiarze. Określenie pochodzi z powieści Edwina Abbotta Flatlandia (1884), klasycznej przypowieści o tym, jak istota niższego wymiaru próbuje pojąć wyższy.

Posłuchaj, przyjacielu z Płaszczyzny. Masz długość i szerokość, i to ci starcza za cały świat. Życie toczy się między przodem a tyłem, między lewą a prawą stroną, i niczego więcej nie brak twoim oczom. Powiem ci teraz słowo, które zabrzmi jak bełkot: góra. Nie chodzi o północ ani o żadne miejsce na twojej mapie. Mówię o kierunku prostopadłym do wszystkiego naraz, co znasz. Dlatego nie wskażesz go palcem, choćbyś obracał się przez całą wieczność. A jednak jest.

Gdyby ktoś z mojego świata zechciał przejść przez twój, zobaczyłbyś rzecz niepojętą. Znikąd pojawia się punkt. Rośnie w okrąg, pęcznieje, dochodzi do pełni, potem maleje i gaśnie. Tobie wyda się, że narodziło się i umarło koło, bez powodu i bez sensu. A ja w tej samej chwili widzę spokojną kulę, która po prostu przechodzi przez twoją płaszczyznę i nawet nie drgnie. To, co dla ciebie jest dramatem narodzin i śmierci, dla mnie jest jednym kształtem w przelocie. Niezmiennym.

Pójdźmy dalej, bo robi się jeszcze dziwniej. Patrząc z góry, widzę środek twojego domu, choć nie tknąłem żadnej ściany. Widzę twoje serce od wewnątrz, nie rozcinając cię. Wyjąłbym monetę z zaryglowanego skarbca, nie ruszając zamka: unoszę ją ponad ścianą, której nie umiesz sobie wyobrazić, i kładę obok. Nazwałbyś mnie wszechwiedzącym, nazwałbyś to cudem. A to tylko jeden wymiar więcej.

Gdybym zaś cię pokochał, zrobiłbym rzecz najstraszliwszą i zarazem najczulszą z możliwych. Chwyciłbym cię i wyjął z płaszczyzny. Twoi bliscy zobaczyliby, że nikniesz w nicość. A ty w tej samej chwili ujrzałbyś pierwszy raz swój cały świat naraz: wszystkie domy otwarte, każde zaryglowane wnętrze odsłonięte, całe dotychczasowe życie rozłożone pod tobą jak rysunek na stole. Nie umarłbyś wtedy. Stałbyś się żywszy, niż byłeś kiedykolwiek.

A teraz przestań się litować nad płaszczakiem. Płaszczakiem jesteś ty.

Mieszkasz w trzech wymiarach i w czasie, który sunie przez twoje życie jak ostrze przecinające płaszczyznę: chwila za chwilą, nigdy wszystko razem. Mówisz „teraz”, bo widzisz zawsze jeden cienki przekrój swojego istnienia, ten, w którym akurat tkwisz. Ale Ktoś może widzieć twoje życie tak, jak ja widzę kulę: od pierwszego oddechu po ostatni, w jednym nieruchomym spojrzeniu. Tak chrześcijaństwo od wieków mówi o wieczności. Boecjusz, czekając w celi na wyrok, nazwał ją posiadaniem życia całego naraz i doskonale — interminabilis vitae tota simul et perfecta possessio. Akwinata dopowiedział, że Bóg nie żyje w łańcuchu mijających „teraz”, lecz w jednym trwającym nunc stans. Wieczność to nie czas bez końca, lecz całość, którą On ma od razu.

Stąd pociecha, na którą rozum sam nie wpadnie. Skoro On widzi całą kulę twojego życia, to nie znaczy, że popycha cię po torze jak wagonik po szynach. On nie ogląda twoich wyborów „z wyprzedzeniem”, bo to zakładałoby, że i On tkwi w czasie, parę kroków przed tobą. On widzi je jako obecne, tak jak ja widzę naraz każdego płaszczaka, nie poruszywszy nikogo o włos. Twoja wolność i Jego wiedza nie biją się ze sobą. Mieszkają w różnych wymiarach.

To samo spojrzenie sięga twojego wnętrza, nie otwierając żadnych drzwi: „wszystko odkryte jest przed oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek”. Twoje serce leży przed Nim nie jak sejf do złamania, lecz jak dom oglądany z lotu ptaka. Nic, co chowasz „na boki”, nie jest schowane „w górę”.

Pytasz o dowód tego wymiaru. Nie dam ci takiego, jakiego się domagasz, bo płaszczak nigdy nie zobaczy „góry”. Ale potrafi za nią tęsknić. Masz w sobie coś, co wyczuwa kierunek prostopadły do całego świata, choć go nie widzi: niepokój, którego nic nie ucisza, głód piękna i świętości, którego nic na świecie nie syci do końca. Augustyn ujął to krótko: „Stworzyłeś nas dla siebie i niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie”. Akwinata nazwał to naturalnym pragnieniem oglądania Boga. To nie skaza konstrukcji. To zmysł, którym czujesz górę.

Sam z siebie wyższego wymiaru nie wydedukujesz. Ktoś musi zejść. Żeby pokazać się płaszczakowi, kula musi się uniżyć i wejść w płaszczyznę jako zwykłe koło, przyjąć kształt, który płaski wzrok zdoła objąć. Tak Bóg pokazał się człowiekowi: „ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi„. Wcielenie jest wejściem wyższego wymiaru w nasz, ścieśnieniem Nieobjętego do miary, którą da się dotknąć. A potem rzecz zadziałała w drugą stronę: zmartwychwstałe ciało stanęło pośrodku wieczernika, choć drzwi były zaryglowane ze strachu. Nie przeniknęło ścian jak duch. Ono ich po prostu nie potrzebowało, tak jak ja nie potrzebuję twoich drzwi.

Uważaj tylko na jedną pomyłkę. On nie jest po prostu o piętro wyżej, kolejnym wymiarem doklejonym nad twoim. Gdyby był, miałbyś prawo dopytywać dalej: a czwarty, a piąty, a setny? Bóg nie jest najwyższym piętrem w wieżowcu bytów. Jest Tym, kto trzyma cały wieżowiec w istnieniu, w tej sekundzie i w każdej następnej. Płaszczyzna, przestrzeń, czas, wieczność spoczywają w Jego dłoni i bez niej osunęłyby się w nicość.

Jest też ciemniejsza prawda. Można uprzeć się przy płaszczyźnie. Można całym sobą zakrzywić się do wewnątrz, w to, co płaskie i bliskie, i nazwać tę ślepotę zdrowym rozsądkiem. Dawna teologia ma na to gorzkie słowo: incurvatus in se, człowiek wygięty ku samemu sobie. Grzech to nie tyle złamanie reguł, ile upór, że poza płaszczyzną nic nie ma i być nie może. Dobrowolne oślepienie na górę.

Zostaje śmierć, jedyne miejsce, w którym naprawdę znikasz z płaszczyzny. Łatwo widzieć w niej koniec, skoro patrzysz tylko, jak twój okrąg kurczy się do punktu i gaśnie. A przecież to może być nie unicestwienie, lecz uniesienie: dłoń, która chwyta cię i podnosi tam, gdzie pierwszy raz zobaczysz całość i sam zostaniesz zobaczony do dna. „Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno, wtedy zaś twarzą w twarz”. I nie lękaj się, że trzeba na to zapracować mozolną wspinaczką: kula zawsze przychodzi pierwsza. Łaska nie czeka, aż ją zawołasz. Schodzi, zanim uwierzysz, że istnieje jakiekolwiek w górę.

Bo tylko jedno więzienie jest naprawdę szczelne, a nie ma w nim ani jednej kraty. To pewność płaszczaka, że płaszczyzna jest wszystkim.

Wykorzystano zdjęcie na darmowej licencji z pexels.com

Możesz również polubić…